Na półeczce, czyli nowo odkryte książki dla dzieci.

W listopadzie przejrzałam trzy nieznane mi wcześniej książki dla dzieci, które urzekły mnie swoimi ilustracjami. Tak, przyznaję się, książki dla dzieci czytam głównie oczami.

Córka z przyjemnością przegląda zwierzęta na stronach „Galerii dzikich zwierząt. Południe” Dieter Braun. Ilustracje przypominają mi stylistykę lat pięćdziesiątych i dopełnione są krótkimi opisami. Druga pozycja, która przyciągnęła moją uwagę to „Odlot. Odjechany wrzechświat”, ilustracje Diany Karpowicz. Tu, przewracając kolejno karty będziecie wraz z dziećmi oddalać się  od miasta aż dolecicie do wszechświata. Moim zdaniem świetnie działa na wyobraźnie i pozwala zobrazować, tak trudne dla dzieci ogarnięcie pojęcia odległości.

Trzecia lektura, to zbiór opowiadań, wierszyków, piosenek i komiksów z popularnego od lat „Świerszczyka”p.t. „Świerszczyk. Wielka księga”, praca zbiorowa. Byłam bardzo zaskoczona, że opowiadania tak się moim dzieciakom podobają i chcą, bym wieczorem im czytała. Szczególnie, że szczerze mówiąc sama za tą gazetką będąc brzdąccem nie przepadałam, ale, że wyboru nie było…  Opowiadania są różne, jedne traktują o sprawach przykrych i poważnych, inne wzbudzają wrażliwość dzieci wobec zwierząt, a jeszcze inne lekko zwariowane, jak to o imbryku, co w słonia się zamieniał. Dużo ilustracji, kolorów i czytania!

11

108

Na półce, czyli książki przeczytane w listopadzie.

W tym roku wzięłam udział w wyzwaniu „Przeczytam 52 książki w 2016r.”. Tak się zawzięłam, że wraz z końcem listopada udało mi się osiągnąć wyznaczony cel. Wiem jednak, że gdyby nie długie dojazdy do pracy w okresie od stycznia do lipca, to z tym czytaniem byłoby ciężko. Ale się udało i jestem z siebie dumna.

W tym miesiącu, zajrzałam do książki kryminalnej z nutką thrillera Katarzyny Jodełki „Kamyk”. Wprawdzie spodziewałam się po niej więcej dreszczyków i emocji buzujących w głowie, ale dość szybko ją skończyłam i na pewno przy niej się nie męczyłam, ani nie sprawdzałam ile zostało stron do końca. Książka nie porwała mnie jakoś namiętnie, ale jako czytadło na jesienny wieczór, całkiem przyjemna.

O wiele bardziej zaciekawiła mnie za to książka Katarzyny Molędy „Szwecja. Ciepło na północy”, skandynawistki mieszkającej w Szwecji, opowiadająca o realiach życia w tym kraju. Bez zadęcia, bez nagromadzonych szczegółów, które i tak byłoby ciężko zapamiętać (jak w książce, po którą z ochotą sięgnęłam wczoraj na półkę biblioteki pt. „Skandynawski raj. O ludziach prawie idealnych” Michael’a Bootha. Przyciągnął mnie tytuł, ale w domu odrzuciła ilość poważnie brzmiących słów, instytucji, dat i faktów. Jednak może w grudniu dam jej jeszcze szansę). Połykałam każdą stronę, zastanawiając się, czy przypadkiem w poprzednim wcieleniu nie byłam Szwedką. Czy tam nie czułabym się na miejscu i jak w domu. Jedna rzecz tylko się wybijała w mych myślach na prowadzenie – jestem gadułą, więc, czy dałabym radę przeżyć z tak skrytymi ludźmi?

Przestudiowałam, bo ciężko nazwać czytaniem, również książkę od bliskiej osoby. Książkę kucharską, czyli jedną z pozycji, które nigdy mi się nie znudzą. „Smakowita Ella”, Elli Woodward, bo o niej mowa, zawiera same dania wegetariańskie i niemalże w każdym jest pasta tahini. To mi się rzuciło w pierwszej chwili w oczy. Wegetarianką nie jestem, ale przepisy z przyjemnością wypróbuję, na  pierwszy ogień idzie dal z soczewicy i dyni piżmowej. Zobaczymy, co wyjdzie. Dlatego teraz zmykam do kuchni i dam znać później, co smacznego wyszło w garnku!

14

DIY – girlanda z szyszek

Kiedy jeszcze w październiku (sic!) weszłam do jednego z dekoratorskich sklepów – z założenia taniego, mój wzrok padł na stół ze świątecznymi (sic! sic!) ozdobami. O tym październikowym szaleństwie wspominałam już we wcześniejszym poście, kto z Was nie miał okazji do niego zerknąć, zapraszam TU. Zobaczyłam prostą girlandę – sznurek, szyszki z lasu, a że do lasu mi ostatnio nie po drodze, to się ucieszyłam. Ooo, jak fajnie, to nie może być przecież drogie. No i się myliłam. Rzecz jasna przymiotnik „drogi” jest bardzo subiektywnym, no ale bądźmy szczerzy…

W sklepie szpulkę sznurka można dostać już od 3zł, ale wybierzcie ten grubszy. Szyszki za darmo nazbieracie w lesie. Albo prześle Wam wspaniała koleżanka, jak to było właśnie u mnie. Jeżeli nie macie, to polecam również zakupić pistolet do kleju na gorąco (taki najmniejszy, do drobnych robótek 10-12zł), wkłady do niego za 3,5pln kupiłam…

Kiedy syn odrabiał lekcje, a ja mu w tym pomagałam, nawet nie zauważyłam, kiedy delikatnie pomazałam szyszki białą farbą (grubość warstwy oczywiście wedle uznania). Potem bardzo zainteresował go pistolet z klejem, tylko musicie bardzo uważać. Klej osiąga temperaturę 200stopni. Więcej nie muszę dodawać. Jeśli dotkniecie go to mogę zapewnić, że boli. Dlatego też ważne byście nie robili tego bezpośredni nad nogami własnymi bądź cudzymi, np. siedząc na kanapie. Lepiej też by się kot nie kręcił, bo się przyklei. Dzieci może też z daleka, bo ich taki pistolet bardzo ciekawi. Kiedy stawiacie go opierając na specjalnych nóżkach, podstawcie pod jego dziubek np. kawałek tektury, czy zakrętkę od słoika, na ewentualność skapnięcia nadmiaru kleju i poniszczenia blatu stołu.

Dziś pokażę Wam girlandy na roboczo. Jeszcze nie w klimacie świątecznym. Być może dodam jednak do nich trochę brokatu, bo ja lubię, jak w ponure dni coś się błyszczy. A Wy?