Triple surrounding

Jeszcze do niedawna, jeszcze rok temu, ba nawet 8 miesięcy temu patrzyłam z podziwem i nutką przerażenia na wielodzietne rodziny. Myślałam sobie – rany, ale odważni. To była w sumie jedna z lepszych myśli, bo inne oscylowały w okolicy przerażenia… takiego własnego. Myślałam „jej, na głowę upadli”, „całkowicie swojego życia nie mają”, „ile to kasy potrzeba”, „co oni robią, że są tacy spokojni” , „baaaa, spokojni?? Uśmiechnięci są!”.

I kiedy próbowałam wyobrazić sobie siebie, nas… szybko uciekałam od tego myślami i tylko się wzdragałam.

Kiedyś na profilu fb napisałam, że musiałam być kiedyś czarownicą.  A może po prostu rzeczywiście działa zasada, że świat spełnia życzenia i uporczywe myśli, dlatego trzeba tak uważać? Od dziecka mówiłam, że chcę mieć dwójkę dzieci. Sama jestem jedynaczką i źle mi ze sobą nie było, ale jednak zawsze w głębi duszy pragnęłam rodzeństwa. Nieważne, czy brat, czy siostra, młodsze czy starsze. Nie byłam wybredna. Byle jakieś było. Dlatego też nie chciałam, by z tymi samymi myślami dorastało moje dziecko. Cóż teraz oboje dorastają z innymi, takimi odwrotnymi, no nie dogodzisz.  Wracając do uporczywej myśli o dwójce dzieci, w tyle głowy przewijała się jeszcze jedna… że będzie trzecie dziecko, jako wpadka przed czterdziestką. Ile to razy o tym wspominałam w żartach… Jak widać wystarczająco dużo… Tak dużo, że sobie wykrakałam…

I nadal jestem przerażona. W sumie im bliżej tej trzeciej istotki na świecie, tym bardziej. Jestem równie mocno przerażona, jak i niecierpliwie czekam, by wreszcie poczuć ją w ramionach.  W głowie pojawiają się myśli, że kurcze, no, znów wszystkie plany w łeb strzeliły. Że znów, enty rok nie pojedziemy nigdzie wygrzać się w wakacje, bo nadprogramowych wydatków urosło multum. Że znów pieluchy, nieprzespane noce. Tysiące kilometrów na spacerach z wózkiem. Że znów zero czasu dla siebie.  Że teraz dzieciaki nie będą nadawać w double surrounding tylko w triple. A ja jakoś ostatnio ciszy potrzebuję. I kiedy te myśli zaczynają we mnie kotłować się, wystarczy, że nagle Ada zrobi fikołka, puknie z prawej nogą, z lewej ręką (albo odwrotnie, kto to wie?) a one odlatują.

Przeszłam dwa porody, nie wspominam ich źle, nie mogę narzekać. Ale i tak już mi się śni po nocach. A potem budzę się i co druga noc, nieprzespana. Oby nie stało się to normą.

W ciągu kilku dni kolejna przeprowadzka. Na przestrzeni ostatnich 2,5 lat, to szósta. Więc wprawę mamy. I w sumie czekam z niecierpliwością, bo wreszcie większe mieszkanie, wreszcie z osobną sypialnią. I z małym ogródkiem. Jak widać Ada ma już swoje plusy 😉 I oczywiście najbardziej nie mogę doczekać się nowego, urządzania i dostosowywania do swoich upodobań.A mąż z gorączką przez weekend leżał. Ale sprawiedliwą być muszę. On nie z tych facetów, co umierają przy jednej nadprogramowej kresce. Tyle, że wczoraj trochę przeholowałam. Plecy wieczorem już zdecydowanie powiedziały nie. I w nocy dawały czadu. Cóż ciąża ciąży.

I na koniec dodam – nadal podziwiam wieloosobowe rodziny. Teraz jeszcze bardziej….

 

Wtorek, czyli Blue Monday ma lapsa.

Upps, blue monday ma lapsa i pojawił się dziś. Jeszcze wczoraj do południa żyłam w błogiej nieświadomości. Potem fejsbuk mnie powitał statusami. Co ja mówię. Nie powitał a zbombardował!  Ale słońce świeciło. Udało się podpisać umowę. Piłam dobrą kawę. Ogólnie ani fakt, że nie mogłam znaleźć nowego sklepu eko, ani to, że śliczna choinka wylądowała w końcu w worku, jakoś nie popsuł mi humoru. Aż do dzisiejszego poranka, kiedy obudziłam się z myślą, że na nowym, oprócz tego, że wszystko mi pasuje, są okropne tapety, których nie znoszę i będę musiała do nich się przyzwyczaić, a raczej do tego że nie ma tam kochanych białych ścian oraz, że buuuu, znów mój K wyjeżdża i będę przez tydzień sama. No nie, sama to nie będę. Jeszcze są dzieci.  Że dziś prawdopodobnie kupię wózek, który mi się podoba, ale nie jest biało szary tylko biało beżowy i jakoś to wszystko przebrało miarę i łzy poleciały. Oczywiście podeszłam do tego w sposób zdroworozsądkowy, mówiąc sobie – kobieto opanuj się, są większe tragedie na świecie. Wózek kupujesz o 1000zł taniej, to i fotel sobie kupisz, który ustawisz przodem do okna i tapet widzieć nie będziesz. Ale w takich chwilach zdrowy rozsądek to najgłupsza rzecz, jaką ktoś wymyślił. Moja tragedia dziś ma na imię – „nie te kolory” i jak widać miała wielką potrzebę się ujawnić.  I jak na prawdziwie chandrową tragedię przystało, zdania typu „oj, popatrz on the bright side of life” albo „głowa do góry, świat się nie wali”, albo „ja to dopiero mam problem”  nie pomagają. Za to wiem, że jutro wstanę i o tym ponurym humorze zapomnę, więc się nim zupełnie nie przejmuję. Ewentualnie lekko się mu poddaje – bo co ma być, to jest, a złe minie. Gdyby nie takie smutne nastroje, życie byłoby jednolicie uśmiechnięte i aż mdłe.

Jeszcze przez niecały miesiąc będę napawać się moim  paryskim widokiem z okna kamienicy na czwartym piętrze. A potem zamieniam go na ogródek.

Być albo nie być. Czyli o porządku w pokoju dziecięcym.

Nie jestem pedantką, ale porządek lubię. Gdybym pedantką była, to nic innego nie robiłabym, tylko układała, poprawiała, czyściła, wycierała, odkurzała. Jednym słowem – zwariowała.

Kiedy z rana rzucam okiem na pokój dzieciaków. Dla ścisłości, mają prawie 10 i skończone 6 lat, często jęk z mego wnętrza się wydziera. Z rana się wydziera, bo wieczorem nie ma na to siły i przez przymknięte oczy na to patrzę.

Jak Wy to robicie, że na zdjęciach pokoje dzieci są równe, nieskazitelne, gry, książki ustawione nie tylko wg wielkości ale i kolorystycznie, wszystkie maskotki pięknie siedzą, klocki poukładane w zamki, samochody garażują, a na kuchence gotuje się obiad. Łóżko pewnie zaścielacie sami, żeby kołderka nie wystawała, kocyk równo pokrywał i nie daj boże, jakakolwiek zmarszczka burzyła ład i porządek. Chociaż ostatnio w tej dziedzinie syn mnie zaskoczył.

Żeby u mnie tak było, musiałabym jak ten Cerber stać nad sprzątającymi dziećmi i dyrygować: to połóż tu, to tam, nie ta wielkość, wyjmij, dopasuj, porównaj… Słowem, skutecznie bym pociechy zniechęciła do sprzątania.

Ostatnio cieszę się małymi sukcesami, nauczyłam syna, że po powrocie do domu zmieniamy spodnie i odkładamy je na miejsce. Pod pralką postawiłam koszyk, bo jakoś dotychczas brudne ubrania lądowały na podłodze, a teraz koszyk polubili. Rano, jak za bardzo zaspani nie są potrafią zrobić niespodziankę i pościelić łóżko (oczywiście, nie jak na zdjęciu z katalogu, ale kołdra ładnie złożona) i coraz mniej zabawek wala się na podłodze. U nas w pokoju praktycznie już żadne. O takie sukcesy, na które trochę trzeba było pracować. Czasem drastycznie. Czarny worek na śmieci i nieposprzątane zabawki w nim lądowały i dzieci już wiedziały, że jutro może ich nie być, że może nimi cieszyć się inne dziecko.

Jasne, zgodzę się, że wszystko też zależy od charakteru samych pociech. Jedne są bardziej bałaganiarsko artystyczne, drugie skłaniają się ku pedantycznemu zrównoważeniu. Gdzie jest złoty środek?

I jak to jest, że w przedszkolu/szkole czy innej placówce wychowawczo dydaktycznej dzieci często bez szemrania odkładają zabawki tam, skąd je wzięły? Magia?

Jak Wy zachęcacie do utrzymywania porządku swoje pociechy?