Mar Krau czy Kon Mari czyli Magia Sprzątania Marie Kondo

Sięgnęłam po pewną książkę, ponieważ wielu z moich znajomych ją zachwalało.  A ja lubię przeglądać od czasu do czasu poradniki. Miałam ją w ręku w księgarni i wahałam się, czy jej nie kupić. I jak się cieszę, że tego nie zrobiłam! Cóż wylądowałaby na stosie książek do oddania, a raczej według jej autorki – do wyrzucenia.

Hmmm, tyle mi się ciśnie na usta kąśliwości do napisania, że sama nie wiem, od czego zacząć. Po pierwsze otwierając tą pozycję, nastawiałam się na czytanie poradnika napisanego przez Japonkę. W sumie nie wiem, czego dokładnie oczekiwałam, ale jednak miałam nadzieję, że to nie będzie kolejny poradnik pisany stylem amerykańskim. Nigdy nie lubiłam, kiedy ktoś mi mówił, co mam robić. Szczególnie w sposób taki: „zrób tak, bo inaczej jest źle”. Co innego porady, a co innego wbijanie do głowy, że tylko jeden sposób jest dobry. No ale postanowiła zagryźć zęby, schować swoją dumę pod koc i czytać dalej.

Kolejną rzeczą, która mnie uderzyła, to fakt, że te wszelkie porady mają się nijak do niebawem 5 osobowej rodziny… Hmmm. Musiałabym mieć garderobę rodem z hollywoodzkich filmów, żeby móc trzymać wszystkie ubrania w jednym miejscu. Do tego też spiżarnię i osobne pomieszczenie na urządzenia czyszcząco – piorące. Wcale bym tym nie pogardziła i mieć chciała – tak swoją drogą.

Żeby być sprawiedliwą, muszę zaznaczyć, że większość porad może się rzeczywiście przydać tym, którzy są  maniakami gromadzenia i ciężko im się rozstać nawet z najmniejszym papierkiem, czy słoiczkiem.  Ja po prostu oczekiwałam czegoś innego. Praktycznych wskazówek, szczególnie w zakresie  – jak utrzymać porządek, który już się ma!

W ciągu ostatnich 3 lat doświadczyliśmy 6  przeprowadzek. Już pierwsza spowodowała, że pozbyliśmy się wszystkich zalegających rzeczy i wtedy ta książka miałaby dla nas sens. Jednak i bez niej, świetnie sobie daliśmy radę. Zastanowiło mnie natomiast, dlaczego zaczęłam w pewnym momencie gromadzić rzeczy? Doszłam do wniosku, że nie z powodu chęci ich posiadania, czy kompulsywnego kupowania. Wręcz przeciwnie, zmagaliśmy się wówczas z bardzo trudną sytuacją finansową (ach, ileż można było odkryć potraw z ziemniaków!!) i wszystko mogło się po prostu nam przydać. Kupowaliśmy na zapas, jeśli były okazje cenowe, nie wyrzucałam opakowań plastikowych, by móc w nich przechowywać inne rzeczy itp.

Po tym okresie jednak, przeprowadzka była bardzo dobrym wydarzeniem, pomogła nam oczyścić przestrzeń. Na szczęście, umiłowanie do nie gromadzenia mi pozostało.

A wracając do ciekawych porad Japonki i moich przemyśleń.

Z przyjemnością spróbowałabym ustawić pionowo koszulkę, jednak sam opis jej składania zupełnie nie jest dla mnie, jako wzrokowca, przydatny. Za Chiny (hmmmm), nie wiem, jak to złożyć, przydałby się jakiś instruktaż obrazkowy. Poza tym, stanęłam sobie przy półce z poziomo ułożonymi koszulkami  i spróbowałam sobie wyobrazić, jak wyglądałyby w pionowym układzie. Cóż… Półka jest na tyle głęboka, że o tych, stojących z tyłu, to bym zapomniała i nie używała w ogóle.

Pozostając w temacie ubrań, spodobał mi się pomysł na układanie skarpetek, obawia się, tylko, że w ten sposób szybko pary straciłyby swoich partnerów. No i poza tym, jak to ma się do tego ustawiania pionowego? Zwinięte w kłębuszek postawić mogę.

I jeszcze jedno. Japończycy znani są z okazywania szacunku. Chwała im za to. Marie Kondo napisała, że należy też ubierać się stosownie do sytuacji. Szacunek szacunkiem, ale jej pomysł na wkładanie marynarki i eleganckiego stroju do sprzątania rozśmieszył mnie do łez. Nie mówię, że mamy nosić powyciągane spodnie i  podziurawione koszulki. Mnie osobiście świat wydaje się ładniejszy, kiedy ubiorę się czysto i porządnie, ale wyobraziłam sobie siebie stojącą na drabince i w niewygodnej, krępującej ruchy marynarce próbującej opróżnić górne półki szafy. A potem siedzieć na podłodze, na przykład w wąskich czarnych spodniach albo nie Daj Boże, w eleganckiej małej czarnej wypinać się nad szpargałami w momencie sięgania po leżące dalej rzeczy.  Może jeszcze ubiorę swoje ulubione szpilki i nowy Grey gotowy.

O, natomiast spodobał mi się bardzo pomysł na opróżnianie torebki po przyjściu do domu. Bardzo często łapię się na tym, że mam w niej kilka błyszczyków, tonę paragonów, a latem nawet da się wygrzebać czapkę i rękawiczki. Spróbuję w jakimś stopniu wprowadzić to w życie, jednak nie wyobrażam sobie, robić tego co dziennie, szczególnie wracając z dwójką starszych i wózkiem, zakupami i zabłoconymi butami. No bo wyobraźcie sobie – dzieci starsze samodzielne, ale np wieszaka nie dosięgną, więc kurtki trzeba pomóc powiesić, rozsupłać sznurowadło,  odłożyć zakupy, w między czasie wózek się rozwrzeszczy, więc trzeba go też rozpakować… Potem sobie przypomnimy, że jeszcze mamy czapkę na głowie, a na nogach brudne buty. Więc trzeba się wrócić do przedpokoju, najlepiej od razu wziąć mopa i umyć zabłoconą podłogę.  W tym czasie wózek wrzeszczy głośniej, bo jest głodny. I gdzie tu te 5 minut od wejścia do domu do zrobienia sobie kawy? Pomysł autorki może i dobry, ale dla singla. Ewentualnie, dla doubla ale bez zobowiązań.

Idąc tropem dzieci – ucieszyłam się, kiedy zobaczyłam tytuł podrozdziału – o rodzinnym sprzątaniu. Tu nastawiłam się, że coś pożytecznego doczytam i wreszcie uda mi się dzieci zmobilizować do sprzątania i odkładania rzeczy na miejsce. Jakże wielkie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam,  że autorka rozwiązała mój problem praktycznie jednym zdaniem! Szok! Mnie się nie udało przez 10 lat… Wiecie co? Wystarczy, że wszystkie rzeczy w pokoju dzieci będą miały swoje miejsce. Ha!!!! Podobno to działa…. Może dzieci japońskie są jakieś inne. Wiecie, geny i te sprawy.

Wbrew temu co pisała, rozłożyłami rzeczy dzieci w dwa miejsca. W salonie zrobiłam im kącik z grami i książkami. I na razie to działa. Dzieci wiedzą, że tam mogą położyć swoje zabawki, ale potem muszą je sprzątnąć. Już nie walają się misie i zdzisie pod nogami. Na dodatek o wiele więcej czasu spędzają grając w gry planszowe (ułożone poziomo, bo jak próbowałam pionowo, to wiecie… połowa się wysypała…)

Nie chcę Was zniechęcać do czytania tej książki. Myślę, że każdy z niej wyciągnie dla siebie coś ważnego. Ja sobie dzięki niej uświadomiłam, że dużo prawdy w tym, że rzadko sięgamy po coś, co leży na samym dole. Że warto ułożyć ubrania wg materiału, z którego zostały zrobione. Jednak oczekiwałam zupełnie czegoś innego.  Przeczytam jeszcze kolejną jej książkę, bo aż chcę znaleźć jakieś przydatne wskazówki dla siebie.

 

Gołąbek i ananas czyli para doskonała. Strój to na karnawał czy potrawa?

Mam kawę w kubku w gwiazdki, mini Kitkata na osłodzenie, plamę od pomarańczowego pocałunku Zosi na białej nowej bluzce i 93cm w pasie. Ale w sumie ja nie o tym. Nazbierało mi się tematów do opisania, ale pogoda szaro-bura za oknem i człowiek najchętniej zatopiłby się pod kocem z szydełkiem w ręku. A jak o szydełku mowa, to dziś pokażę Wam ostatnie moje wypociny w klimacie karnawałowym.

„Mamo, mamo, ja muszę być gołąbkiem!!!” tak mnie córka powitała w szkole. Przedstawienie z poważną rolą, więc trzeba sumiennie do tego podejść. Pod nosem całkiem fajny ciucholand, więc w te pędy w dzień najtańszy na poszukiwanie czegoś, co do przerobienia się nadaje. I nawet udało się wygrzebać bluzkę w stylu Alutki z „Rodziny Zastępczej” (pamiętacie ten serial?), z falbankami, piórkami, koralikami, śliska, biała i okropna. Tak, tak, o gustach się nie dyskutuje, nie ocenia po ubraniu i takie tam, więc powiem tak, jak mama uczyła „mnie się nie podoba”, bo wszak nie to jest ładne, co jest ładne, tylko to co komu do oka wpadnie. Do koszyka wrzuciłam jeszcze białą bluzkę muślinową marki, co w domach handlowych bywa.

W papierniczym dokupiłam białe piórka, klej Wikol. W domu czekały nożyczki, igła i nitka, a także maska srebrna. W bluzce Alutki wystarczyło tylko skrócić rękawy, przeszyć troczki. Z pleców bluzki muślinowej wycięłam coś na kształt dwóch skrzydeł. Na nie nie nakleiłam skrupulatnie piórka Wikolem, pozostawiłam do wyschnięcia. Całość przymocowałam do bluzki Alutki. Na maskę, również przy pomocy rzeczonego kleju dokleiłam trochę piórek. Do tego białe rajstopy i gołąbek gotowy!

A potem z duszą na ramieniu zapytałam, za kogo chciałby się przebrać mój starszy Pociech. Oczami wyobraźni widziałam postać z Minecrafta, ale do mych uszu dotarła zgoła inna odpowiedź…  Nawet poszłam je przemyć (uszy) dokładnie, bo nie byłam pewna tego, co usłyszałam.

„To za kogo się chcesz przebrać?”

„Za ananasa”

Pociech mnie zaskoczył na całej długości, ale zaskoczenie było pozytywne. Więc czym prędzej przystąpiłam do działania. Ze ścierki kuchennej wycięłam owoc ananasa, domalowałam na nim brązowym pisakiem do tkanin wzór. Z zielonego brystolu wycięłam liście, które dokleiłam (Wikolem, a jakże!) do koszulki. Z tego samego brystolu koronę liściastą na głowę założył. Spodnie zielone i anans gotowy.

To teraz Wy się przyznajcie, jakie stroje karnawałowe na prędce kleciliście? Może równie coś nietypowego jak ananas?