Dżinsowe szaleństwo

„Mamoooo, zrób mi ekologiczną opaskę. Taką wiesz, coś z czegoś, albo z niczego, do szkoły potrzebuję”.

Jak na zawołanie dzień wcześniej, ulubione spodnie córki pod pośladkami wzbogaciły się o całkiem pokaźnych rozmiarów dziurę. Długo się nie namyślając, ciachnęłam je na krótkie spodenki. Odciętą nogawkę pocięłam na paski i kółka, do tego klej na gorąco, stara plastikowa zwykła, najzwyklejsza opaska, guziczek i gotowe. I nagle moja córka, która nie znosiła do tej pory jakichkolwiek ozdób na głowie, nie mogła się z nią rozstać.

A na spodenkach postanowiłam się wyżyć. Podszyłam dziurę, potem obszyłam nogawki wełną, a na końcu jeszcze szydełkowany krzywy królik wylądował na tylnej kieszonce. Kolejne dwie pary czekają na nowe łatki na kolanach, tym razem będą to chmurki!

Ratujecie czasem ukochane ubranka, czy raczej lądują one w koszu na śmieci?

 \

Międzyzdroje. Za zakrętem bywa lepiej.

Wczoraj włożyliśmy misia w teczkę i pojechaliśmy na wycieczkę.  Nie obyło się bez przygód, gdzie ktoś coś, jakaś Maria, kliknęła, nikt nie zauważył, dopiero po 30 kilometrach coś się skapnęliśmy, że chyba nie tędy droga i trzeba było zawracać, by dotrzeć. Ale dzięki temu niespodziewanemu zwrotowi akcji przejechaliśmy przepiękną acz bardzo dziurawą drogą przez Woliński Park Narodowy, napawając się widokiem wspaniałego szpaleru nietkniętych drzew. Dostrzegając z okien zielone poszycie pełne mchu, krzaczków jagód i traw. Dzieci, chyba jeszcze trochę za małe – nie rozumiały zachwytu rodziców, którzy co chwilę wykrzykiwali – jak pięknie, a popatrzcie w prawo, o a teraz w lewo. Patrzcie, patrzcie, bo nie wiadomo, ile jeszcze za chwilę drzew zostanie.

Na dodatek przejechaliśmy przez wioskę, która spokojnie mogła by być na końcu drogi, którą nikt nie jeździ. Niezwykle urokliwa, spokojna, idealna na akcję książek Katarzyny Puzyńskiej. Zdjęć brak, czasem aparat nie odda tego klimatu. Wolałam zachować go w sobie. A może ktoś z Was kiedyś też przejedzie przez wieś Widzieńsko zwaną?

Po tych małych przygodach dojechaliśmy na miejsce. No i czego ja się spodziewałam? Hmmm, główny cel osiągnięty, jak i satysfakcja. Pogoda piękna, pełne słońce, piasek skrzypi pod nogami, nasze morze tafla spokoju. Niebo odbija cały swój niebieski urok w wodzie. Łachy muszli, nawet martwy krabik. Dzieci szczęśliwe, wszak całe swoje życie spędziły nad morzem, tylko od niecałego roku stały się typowymi mieszczuchami. (Tu wyraźnie napiszę, bo niektórzy z geografią na bakier – Nie, Szczecin nad morzem nie leży. I nie – patrząc w morze z sopockiej plaży patrzymy na wschód, nie na północ!!)  Stęsknione biegały jak szalone, aż miło było patrzeć. Morze nie zawiodło.

Międzyzdroje. Taaaak. Nie wiem od czego zacząć. Od moich oczekiwań? Trochę mam mętlik w głowie, bo nie wiem, czego oczekiwałam. Pewnie za dużo… 37 lat mieszkałam w Trójmieście, z tego 10 lat w samym kurorcie Sopocie. I wówczas nie do końca mogłam się nadziwić, że takie tłumy tu przyjeżdżają. Że w Sopocie latem to Monciak się omija, tak samo jak molo, ale już 300 metrów dalej można spokojnie pospacerować. Jednak po odwiedzeniu kilku nadmorskich miejscowości zaczynam rozumieć.

Miedzyzdroje – brzmi pięknie i dumnie. Wszak tu przyjeżdżają też wypoczywać gwiazdy kina polskiego, celebryci i inni zabiegający o sławę i blichtr. Oczekiwałam czegoś na „ich miarę” i „skalę”.  Do plaży i morza nic nie mam. Na molo weszłam schodkami, więc też szoku nie przeżyłam. Molo długie, co mi się podobało. I to na tyle. Długie i wąskie i obskurnie obdrapane. Co parę metrów przerażające budki, w sezonie generujące na pewno duże zyski i korki. Akurat tym razem, idąc krokiem ślimaczym, mogłam swobodnie przejść, ale aż mnie wzdrygało na myśl, co się tam musi dziać przy wysokich temperaturach. Ludzi jak mrówków i chyba na szczudłach trzeba by iść, by morze zobaczyć. Morze wody, nie głów. Całości pięknego otoczenia, upamiętniającego czasy komuny dopełnia wyjście z Molo. Nagle znajdujemy się w ciasnym budynku. Po prawej kawiarnie, po lewej pizzerie, nieśmiertelne sklepy z chińskimi pamiątkami w krzykliwych kolorach i butik z ciuchami. Przejście dla pieszych szerokości 2,5 metra, pod nogami psy, bo teraz taka moda nastała. Mój wzrok przykuły niezwykłej urody „niedbałe” ciasta i torty bezowe. Po prostu cudo. Ale jak je skosztować, jak stoliki wypełnione po brzegi? Na dodatek taki tort wymaga odpowiedniej otoczki, a nie ściśniętych stolików, uderzania brzuchem po cudzych plecach i widoku na stolik sąsiadów lub na przedzierający się tłum….

Uff, wyszłam stamtąd. Jestem w Międzyzdrojach więc kieruję się na deptak i ku słynnej Alei Gwiazd. Aleja, jak aleja. Ręce są, podpisy są. Jest ok. Obok zadbany zielony skwer. Miło nawet na niego spojrzeć, gdyby nie wszędobylskie różowe kucyki pony, lokomotywy, helikoptery, jakaś mini karuzela i inne atrakcje, które się rozlatują i straszą w każdej nadmorskiej miejscowości. Do tego napis „zdjęcie na obiekcie po uiszczeniu biletu”.  Cholera, nie pstryknę sobie selfie z konikiem. Tuż obok marna imitacja domku do góry nogami, labirynt luster, nieopodal muzeum figur woskowych, planetarium (ooo!), dalej oceanarium „żywe okazy” (sic!).  Słowem, wszystko, czego potrzeba ludziom nad morzem.

Ruszyłam w drogę powrotną na parking. Nie byłam zdegustowana. Nie. Raczej zawiedziona tym, że turystom to wystarcza. W zeszłym roku dziennikarka musiała się ostro tłumaczyć ze swojego spostrzeżenia z pobytu w tej nadmorskiej miejscowości. Brzuchy piwne. Wczoraj zaczęłam ją rozumieć. Oprócz brzuchów piwnych, spod przymkniętych powiek, wyobrażając sobie, jak tu latem wygląda, widziałam skarpetki w klapkach, unoszący się duszący zapach kiełbasek z grilla, jarmarczne ozdoby i tłum idący na oślep, bo tak ich nurt prowadzi. Do tego parawanowe bijatyki na plaży o miejsce. I smutno mi się zrobiło. Bo przecież mamy to, na co zasługujemy i to, czego wymagamy. Zdjęć nie chciało mi się tam robić.

I przestałam się też dziwić, że takie tłumy turystów przyjeżdżają do Sopotu…

Ale wiecie co? Jak to zwykle w bajkach bywa, wystarczyło oddalić się jakieś 200 metrów od deptaku i nagle cisza, spokój, nawet pewna majestatyczność. Znalazłam się na zadbanej ulicy, gdzie piękne odnowione wille poprzetykane były ruinami. W oddali migotały urokliwe wieżyczki. Niestety moja towarzyszka w brzuchu nie pozwoliła mi pójść w lewo, a potem w prawo, bo coś tam dostrzegłam. Ale chociaż przejście tą jedną cichą ulicą przywrócił mi wiarę, że za zakrętem bywa lepiej. I aż się uśmiechnęłam, mijając kobietę łapiącą za ramię mężczyzny i mówiącą „popatrz tam, na tamten dom, jakie piękne sklepienie”. Miło wiedzieć, że w tym tłumie znajdą się ludzie, którzy piękna szukają w detalach.

 

 

Zielone menu w oczekiwaniu na wiosnę

Na przekór aktualnej pogodzie za oknem zrobiło mi się zielono ostatnio. Pamiętam, kiedyś przeczytałam, że dzieci mają różne fazy marudzenia względem jedzenia. Na przykład – nie jedzą nic czerwonego, albo jedzą tylko białe. Moje na szczęście to ominęło, za to mnie wzięła faza na zielone.

Może to mój aktualny, zaciążony stan, może czegoś mi brakuje, a może po prostu wiosny? Najśmieszniejsze z tego wszystkiego jest to, że zestaw jedzeniowy na piątek skompletowałam zupełnie nie świadomie.

W skład jego weszyły: awokado, rukola, seler naciowy, szczypiorek. I wyobraźcie sobie, że  z tego skompletowałam posiłki na cały dzień! Oczywiście z dodatkami.

Przyznam się Wam, że kompletnie nie umiem robić ładnych zdjęć potrawom. Ale obiecuję poprawę i dokształcenie się. Wydaje mi się, że na przeszkodzie stoi po prostu mój żołądek. Bo jak już przyrządzę coś, to mam ochotę to od razu zjeść, moje kiszki grają marsza, że na klatce schodowej słychać, a jak złośliwa i nieprzyjemna się staję!! To w imię powiedzenia „Polak głodny, Polak zły” Pasuje jak ulał. I jak tu czekać, że zupa przestanie parować, wycierać talerzyki, ustawiać kompozycję, ostrość, oświetlenie… Gotuję po to, by jeść!

Zapraszam do zapoznania się z moim zielonym menu. Na pierwszy ogień:

Sałatko – pasta z awokado.

Miała być pasta, ale w trakcie robienia zmieniłam koncepcję, jak to często mi się zdarza.

Składniki:

awokado

cytryna

szczypiorek

ząbek czosnku

jajko na miękko

sól, pieprz

Awokado obieramy i kroimy (im dojrzalsze tym lepsze). Skrapiamy sokiem z cytryny. Dodajemy sprasowany ząbek czosnku, posiekany szczypiorek, oraz, rzecz jasna, obrane jajko na miękko. Jajko delikatnie kroimy. Jeśli jest za bardzo płynne – najpierw nadkrawamy i żółtkiem polewamy awokado. Resztę kroimy w kosteczkę i dorzucamy. Całość doprawiamy solą i pieprzem. Taką sałatkę nałożyłam na chlebek i zjadłam ze smakiem.

Pesto z rukoli.

Uwielbiam rukolę, ale kupując całe opakowanie jej, często kończyło się wieloma zmarnowanymi listkami. Aż w przestworzach internetu zaczęłam szukać różnych przepisów i na kilku stronach natknęłam się na pesto z rukoli. Za przepis przewodni wybrałam ten, z bloga Olgi Smile, więc już go pisać nie będę. Powiem za to jedno – pesto wyszło rewelacyjne. Mąż zajadał łyżką prosto ze słoika (taaaaak, wiem, higiena…) a na obiad zjedliśmy makaron z nim wymieszany.

Sałatka z selera naciowego i jabłka. 

Podobno z selerem naciowym jest tak, że albo się go lubi, albo nienawidzi. Ja jestem gdzieś po środku, bo się zawzięłam i postanowiłam w końcu się z nim zaprzyjaźnić. I chyba smaki się zmieniają, bo na kolację zjadłam sałatkę, która okazała się niezwykle orzeźwiająca. Robi się ją w mig i tak samo szybko zjada. Ilość składników według Waszego uznania, podaję Wam ile zeszło na dwie mniejsze porcje.

3 laski selera naciowego

1 jabłko

trochę szczypiorku

cytryna do wyciśnięcia

kilka plasterków czerwonej ostrej papryki (moja nie mogła się pochwalić wyższym stopniem ostrości, była raczej bardziej słodka z maleńką nutką pikanterii, dlatego pasowała mi idealnie)

łyżka śmietany

Seler pokroić w paski, jabłuszko w kostkę, szczypiorek posiekać i dodać plasterki lub posiekaną papryczkę. Skropić sokiem z cytryny. Wymieszać z łyżką śmietany. Ewentualnie można dodać trochę soli, ale ja nie lubię słonych potraw, potrafię się bez niej obejść. Niby sól wzmacnia smak, jednak w tej sałatce miałam wrażenie, że zepsuje mi tą rześkość i świeżość.

Tak mnie zastanowił ten przypadkowy dobór składników, które zebrały mi się na piątkowe menu, że postanowiłam posprawdzać, jakich składników domagał się mój organizm.

W awokado znajdziemy wiele drogocennych składników. Między innymi kwas foliowy, który jest bardzo potrzebny kobietom w ciąży, kwas pantotenowy,błonnik pokarmowy, antyoksydanty. Ponadto witaminy z grupy B (B1, B2, PP, B6,), C, beta karoten, E, K i składniki mineralne, takie jak magnez, potas, cynk, miedź, mangan.

W selerze naciowym znajdziecie witaminę C, ponownie witaminę B kompleks,witaminę PP witaminę E, kwas foliowy, beta-karoten, fosfor, fosforu, wapń, potas, cynk, magnez i żelazo.

Szczypiorek – ponownie znajdziemy w nim kwas foliowy!, ponadto karoten,  witaminy C, B1, B2, a także potas, sód, wapń, magnez, fosfor, kwas krzemowy i chlor.

Rukola – jest bogata w witaminy z grupy A, B, C oraz K, ponadto zawieta wapń i żelazo.