Na chwilę przed wielką godziną, czyli wyprawka do szpitala

Nie, nie bójcie się, to nie będzie kolejny wpis, co warto, a czego nie warto brać do szpitala. Takich instrukcji i list znajdziecie mnóstwo na Internecie, a i tak najlepiej usiąść sobie spokojnie i samemu przemyśleć sprawę. Bo tyle pomysłów ilu ludzi na świecie. A jeśli jeszcze mówimy o liście wyprawkowej na porodówkę, to w ogóle tyle wskazówek ile kobiet. A jak kobiety zaczną wyliczać, to końca może nie być. Wiadomo, czasem jest się zielonym w tym temacie, ja sama kiedyś podpytywałam, ale też każda z nas jakiś tam rozumek ma. Poza tym, co szpital to obyczaj, więc też warto wybrać się tam wcześniej samemu lub chociażby zerknąć na stronę, bo tam też często gęsto wiele przydatnych wskazówek się znajdzie.

Zapytacie więc pewnie, o czym wpis będzie? Hmmm. Chciałam się z Wami podzielić moimi spostrzeżeniami i preferencjami. Ot tak, po prostu.

Szpital – mniej lub bardziej przyjazne miejsce. Osobiście wolę gdzie indziej spędzać czas, ale jak już trzeba i wyboru nie ma, to chociaż w jakiś sposób można sobie ten pobyt umilić.

Moją pierwszą zasadą zawsze było, że

  1. Przekraczając próg szpitala musisz pozbyć się wstydu. Czy to jadąc rodzić, czy na badania, czy na zabieg… Pielęgniarki, położne, lekarze traktują Cię zazwyczaj jak kolejnego mniej lub bardziej anonimowego pacjenta, który za parę dni powinien z tego przybytku wyjść. Więc to, czy masz wydepilowane nogi, czy cellulit na tyłku ich nie rusza. Nie takie rzeczy widzieli. Między nogi ginekolodzy też już tyle razy zaglądali, że naprawdę wystarczy zacisnąć zęby, pomyśleć, że jestem na plaży i te nogi przed nimi rozstawić. Tak, czasem może to być trudne, szczególnie, jeśli jeszcze między tymi nogami zaczynają Ci grzebać. Ale robią to nie dla własnej przyjemności. Więc nie marudzę w szpitalu, nie ja jedna takie badania przechodzę i żyję.
  2. Druga zasada, jeśli źle się czujesz i jest Ci wszystko jedno – to tego nie zmienisz. Śpij i miej wszystko w nosie.
  3. Jeśli czujesz się dobrze, ale przygnębia Cię otoczenie, to zmień je na przyjaźniejsze. Wiele osób mówi – szpital to nie wybieg, to nie spa, to nie hotel, więc nie marudź, ubierz za dużą szpitalną koszulę, której poły się rozwiewają ukazując Twoje kształty. A ja Wam na przekór powiem, że owszem, to nie jest spa, ale to miejsce, w którym masz wydobrzeć. A jak masz to zrobić, jeśli ściany Cię przygnębiają, na pościeli widzisz plamę, poduszka cholernie niewygodna? No nie da się. Dlatego za każdym razem, jeśli wiem, że mam tam spędzić kilka dni, staram się zabrać ze sobą coś, co mi ten pobyt umili. Jeśli kompletuję płyn pod prysznic, to o zapachu, który przypomina mi jakieś miłe chwile i balsam też dobieram. Nikt mi nie zabroni przecież posmarować się nim i chłonąć zapach przypominający pobyt w lesie nad spokojną taflą jeziora… Jeśli nie muszę być na specjalnej diecie, to robię tup tup do sklepu z herbatą i wybieram tą, której zapach mnie rozwesela. I może od razu do niej zabrać ulubiony kubek? Zupełnie inaczej pije się swoją herbatę ze swojego kubka niż tą brązową bezsmakową breję, gdzie wrzucają jedną torebkę na 5 litrów wody. No i książka, którą tak ciężko mi było zdobyć lub długą na nią czekałam. To właśnie ją zabieram. Szybciej czas minie niż wpatrując się w sufit i mrugające jarzeniówki. Oczywiście to nie musi być książka, ale na przykład płyta z ukochanym wykonawcą, lub z kojącą muzyka ułatwiającą zasypianie. Albo jakieś robótki. Albo karty, krzyżówki, łamigłówki, pomysłów jest tysiące. Szpital to nie wybieg, ale czy to oznacza, że mam chodzić jak łachmyta? Tym razem zaszalałam na kolorowo. Kupiłam koszulkę do spania z ananasem, do tego klapki owocowe i za przeproszeniem oczojebny ręcznik. Kiedy widzę ten zestaw od razu się uśmiecham. I w nosie mam, że ktoś sobie pomyśli, że wyglądam, jakbym szła na plażę. Na plażę nie idę, ale idę po zdrowie. A dobry nastrój to połowa sukcesu.
  4. Ach i ta torba do szpitala. Wolę torbę. Bo walizkę trzeba otworzyć całą, by z niej coś wyciągnąć. A w torbie można pogrzebać. Tym razem posegregowałam rzeczy, szczególnie te dla niemowlęcia i powkładałam w plastikowe przezroczyste opakowania. Dodatkowo widoczne są w nich karteczki „po porodzie”, „na co dzień”, „na wyjście”. Teraz tatuś nie będzie miał problemu z błyskawiczną pomocą może nie do końca sprawnej mamie. A mama będzie miała komfort psychiczny, że tatuś nie założy dziecięciu na głowę spodenek welurowych.
  5. Ach i nie zapomnijcie zabrać do szpitala ładowarki do telefonu.
  6. A na porodówce niech tatuś czasem ten telefon odłoży.

A ja już czekam, czekam i doczekać się nie mogę!

 

Rudy, rudy lis? A może miś. Z pewnością koc.

Przestworza Internetowe są zgubne. Instagram tym bardziej. Człowiek naogląda się tych wszystkich pięknych rzeczy. Zapragnie mieć to i to i tamto, i ooooo, jeszcze koniecznie toooo. Dobrze, że jednak zdrowy rozsądek w głowie siedzi. Napatrzyłam się na te wszystkie cudne kocyki ręcznie dziergane czy na drutach, czy szydełku. Jeden już dla Małej, co lada chwila powita się ze światem zewnętrznym już Wam pokazywałam. Kto nie widział, niech biegnie TUUUUU Z rozpędu i z zakochania się do koloru musztardowego popełniłam jeszcze jeden.

Ze względu na wzór, jest lżejszy niż poprzedni i większy trochę. I taniej wyszedł, bo mniej włóczki bawełnianej zużyłam. Do tego dorobiłam mu kapturek, jak w ręcznikach kąpielowych dla niemowląt. Można w nim będzie schować główkę lub nóżki. Wiecie, już nie mogę się doczekać, kiedy zawinę w niego Adę 🙂 Na razie testował miś Zdziś.

 

Z szydełkiem za pan brat, czyli samoukiem Maria zwana

Od dzieciństwa lubiłam coś robótkować, jak pewnie wiele z Was. Skończone „dzieło” przynosi satysfakcję i jakąś wewnętrzna dumę. Pamiętam,  będąc dzieckiem, patrzyłam zafascynowana na ręce mojej mamy, spod których wychodziły niezwykłe swetry. Stuk, stuk, stukały druty jeden o drugi. Rzecz jasna też próbowałam. Połowa społeczeństwa miała je w dłoniach i tworzyła romboidalne szaliki. Pamiętacie zajęcia z ZPT? Nawet chłopcy na nich stukali drutami (jakkolwiek to dziwnie brzmi), w przerwie na robienie sałatek owocowych lub warzywnych .

Mnie też raczej trójkąty niż proste szaliki wychodziły spod tych dwóch patyczków, więc się w pewnym momencie przerzuciłam na szydełko.

Podstawowe kroki pokazała mi mama, potem już zadziałała fantazja. Jak dziś, pamiętam, że dawałam się ponieść inwencji twórczej i tak raz, siedząc latem, w słoneczku, wśród świerków i świergoczących ptaków, wydziergałam torebkę. Mniej więcej rozmiaru A5, w kwiatkowy wzór. Była biała. Z klapką zamykaną na drewniany guziczek i długą rączką na ramię. Już jej nie mam, ale długo trzymałam ją wśród moich skarbów. Byłam  z niej taka dumna! Szczególnie, że zrobiłam ją całkowicie od A do Z sama. Bez schematów. Tylko wyobraźnia działała.

Do szydełka lubię sięgać sporadycznie. To nie tak, że tylko siedzę i dłubię. Muszę mieć do tego wenę, ochotę i pomysł w głowie. Kilka lat temu zaczęłam robić pled na łóżko dla córki. Prawie rok go dziergałam. Mimo, że ścieg był stosunkowo łatwy, to robiłam to baaardzo powoli. Potem syn długo się dopraszał o swój koc. Zrobiłam mu go jakieś dwa miesiące temu, według kolorów, które sam wybrał. Więc te kolory takie nie moje były. A wiecie – jak coś nie leży, to robi się ciężej. Ale sam fakt, że syn tak prosił dodawał mi motorku w rękach.

A teraz skończyłam kocyk dla Maleństwa, co jeszcze w brzuszku siedzi. I kilka nocy temu obudziłam się z pomysłem na kolejny. Włóczka już zamówiona! W między czasie dziergam mały kocyk dla kota, na którym jednocześnie trenuję nowe wzory. I jeszcze marzy mi się długi sweter, rozpinany dla córki. Tylko tam trzeba oczka liczyć, spuszczać, dodawać itp a w tym to ja słaba jestem. Ale spróbuję! Najwyżej spruję 😉