Rudy, rudy lis? A może miś. Z pewnością koc.

Przestworza Internetowe są zgubne. Instagram tym bardziej. Człowiek naogląda się tych wszystkich pięknych rzeczy. Zapragnie mieć to i to i tamto, i ooooo, jeszcze koniecznie toooo. Dobrze, że jednak zdrowy rozsądek w głowie siedzi. Napatrzyłam się na te wszystkie cudne kocyki ręcznie dziergane czy na drutach, czy szydełku. Jeden już dla Małej, co lada chwila powita się ze światem zewnętrznym już Wam pokazywałam. Kto nie widział, niech biegnie TUUUUU Z rozpędu i z zakochania się do koloru musztardowego popełniłam jeszcze jeden.

Ze względu na wzór, jest lżejszy niż poprzedni i większy trochę. I taniej wyszedł, bo mniej włóczki bawełnianej zużyłam. Do tego dorobiłam mu kapturek, jak w ręcznikach kąpielowych dla niemowląt. Można w nim będzie schować główkę lub nóżki. Wiecie, już nie mogę się doczekać, kiedy zawinę w niego Adę 🙂 Na razie testował miś Zdziś.

 

Pisanki, pisanki, kraszanki, malowanki. Krótka historia wielkanocy 2017

Pochwalcie się swoimi pisankami! Podrzućcie linki lub zdjęcia, z przyjemnością obejrzę! Do świąt zaczęłam przygotowywać się dopiero w Wielki Piątek, bo do końca nie byłam pewna, czy spędzę je w domowym zaciszu czy jednak w szpitalnych murach. Płytki krwi jednak okazały się łaskawe. W głowie nagle pojawiła się myśl, że kurczę, nie ma ani kurczaczka, ani zonkilka, bukszpanka, baaa, nawet o rzeżusze zapomniałam. A specjalnie z myślą o niej kupiłam w stonce jogurt w malutkich słoiczkach. No nic. W słoiczkach są czekoladowe jajeczka. Chociaż nie takie, jakie sobie wymarzyłam.

Bo wiecie, okazało się, że moje wielkanocne marzenia ozdobne mają się nijak do rzeczywistości. I to nie dlatego, że zabrałam się za to za późno…

Po pierwsze chciałam zakupić drewniane pisanki. Tradycyjne bardziej lub mniej. Ale drewniane. Nie styropianowe, nie plastikowe, nie papierowe. Nie brokatowe. Nie z supermarketu. Jarmark wielkanocny – ale pisanek takowych brak… Szczerze mówiąc smutno się rozczarowałam.

Dlatego zaczęłam szukać czerwonej kapusty. Nie będzie drewnianych, to zrobię niebiesko-turkusowe, złote wydmuszki. Z naturalnego barwnika… Jedna stonka, druga stonka, targ, klepisko, czerwonej brak. Sił już też brakowało na dalsze szukanie.

Zeszłam więc do poziomu czekoladowych pisanek. Pastelowych. Tak, takich mi się zachciało. Jedzeniowych zachcianek ciążowych nie mam, więc odbijam sobie w inny sposób. Jak się można spodziewać – pastelowych brak!

Koniec końców, ugotowałam jajka na twardo. Skapitulowałam i kupiłam sztuczne barwniki. Bleeee. I w poranek sobotni pobawiłyśmy się z córką w malowanie pisanek trochę inaczej. Jak? Zobaczcie fotorelację!

Wesołych Świąt 🙂

 

 

 

 

 

 

 


 

Dżinsowe szaleństwo

„Mamoooo, zrób mi ekologiczną opaskę. Taką wiesz, coś z czegoś, albo z niczego, do szkoły potrzebuję”.

Jak na zawołanie dzień wcześniej, ulubione spodnie córki pod pośladkami wzbogaciły się o całkiem pokaźnych rozmiarów dziurę. Długo się nie namyślając, ciachnęłam je na krótkie spodenki. Odciętą nogawkę pocięłam na paski i kółka, do tego klej na gorąco, stara plastikowa zwykła, najzwyklejsza opaska, guziczek i gotowe. I nagle moja córka, która nie znosiła do tej pory jakichkolwiek ozdób na głowie, nie mogła się z nią rozstać.

A na spodenkach postanowiłam się wyżyć. Podszyłam dziurę, potem obszyłam nogawki wełną, a na końcu jeszcze szydełkowany krzywy królik wylądował na tylnej kieszonce. Kolejne dwie pary czekają na nowe łatki na kolanach, tym razem będą to chmurki!

Ratujecie czasem ukochane ubranka, czy raczej lądują one w koszu na śmieci?

 \