Rudy, rudy lis? A może miś. Z pewnością koc.

Przestworza Internetowe są zgubne. Instagram tym bardziej. Człowiek naogląda się tych wszystkich pięknych rzeczy. Zapragnie mieć to i to i tamto, i ooooo, jeszcze koniecznie toooo. Dobrze, że jednak zdrowy rozsądek w głowie siedzi. Napatrzyłam się na te wszystkie cudne kocyki ręcznie dziergane czy na drutach, czy szydełku. Jeden już dla Małej, co lada chwila powita się ze światem zewnętrznym już Wam pokazywałam. Kto nie widział, niech biegnie TUUUUU Z rozpędu i z zakochania się do koloru musztardowego popełniłam jeszcze jeden.

Ze względu na wzór, jest lżejszy niż poprzedni i większy trochę. I taniej wyszedł, bo mniej włóczki bawełnianej zużyłam. Do tego dorobiłam mu kapturek, jak w ręcznikach kąpielowych dla niemowląt. Można w nim będzie schować główkę lub nóżki. Wiecie, już nie mogę się doczekać, kiedy zawinę w niego Adę 🙂 Na razie testował miś Zdziś.

 

Szydełkowany koc w typie dachowca

Niedawno pisałam Wam o moim dzierganiu kocyków. W dorobku mam dopiero trzy poważniejsze, a w ostatnim tygodniu o posłanie wzbogacił się mój kot. Od razu zaznaczam, że koc zaczęła robić moja psiapsiółka, która odwiedziła mnie w lipcu, nadała mu charakter, wielkość i kolorystykę. Robótkę jednakże pozostawiła, a ja dojrzewałam do decyzji, co z nią dalej począć. Aż raz, szydełkując koc dla córki, pomyślałam, że z pewnością kotu będzie miło, kiedy będzie miał swój kąt wymoszczony własnym posłaniem. Na dodatek idealnie pasującym kolorystycznie. Równocześnie koc służył jako próbka na nowe wzory i włóczki. Więc, podobnie jak mój kot, jest dachowcem! Czyli mieszanką. Kot go szybko zaakceptował, z czego bardzo się ucieszyłam.

Poznajcie Eiro i jego nowy koc 🙂

selfie me 1

 

Z szydełkiem za pan brat, czyli samoukiem Maria zwana

Od dzieciństwa lubiłam coś robótkować, jak pewnie wiele z Was. Skończone „dzieło” przynosi satysfakcję i jakąś wewnętrzna dumę. Pamiętam,  będąc dzieckiem, patrzyłam zafascynowana na ręce mojej mamy, spod których wychodziły niezwykłe swetry. Stuk, stuk, stukały druty jeden o drugi. Rzecz jasna też próbowałam. Połowa społeczeństwa miała je w dłoniach i tworzyła romboidalne szaliki. Pamiętacie zajęcia z ZPT? Nawet chłopcy na nich stukali drutami (jakkolwiek to dziwnie brzmi), w przerwie na robienie sałatek owocowych lub warzywnych .

Mnie też raczej trójkąty niż proste szaliki wychodziły spod tych dwóch patyczków, więc się w pewnym momencie przerzuciłam na szydełko.

Podstawowe kroki pokazała mi mama, potem już zadziałała fantazja. Jak dziś, pamiętam, że dawałam się ponieść inwencji twórczej i tak raz, siedząc latem, w słoneczku, wśród świerków i świergoczących ptaków, wydziergałam torebkę. Mniej więcej rozmiaru A5, w kwiatkowy wzór. Była biała. Z klapką zamykaną na drewniany guziczek i długą rączką na ramię. Już jej nie mam, ale długo trzymałam ją wśród moich skarbów. Byłam  z niej taka dumna! Szczególnie, że zrobiłam ją całkowicie od A do Z sama. Bez schematów. Tylko wyobraźnia działała.

Do szydełka lubię sięgać sporadycznie. To nie tak, że tylko siedzę i dłubię. Muszę mieć do tego wenę, ochotę i pomysł w głowie. Kilka lat temu zaczęłam robić pled na łóżko dla córki. Prawie rok go dziergałam. Mimo, że ścieg był stosunkowo łatwy, to robiłam to baaardzo powoli. Potem syn długo się dopraszał o swój koc. Zrobiłam mu go jakieś dwa miesiące temu, według kolorów, które sam wybrał. Więc te kolory takie nie moje były. A wiecie – jak coś nie leży, to robi się ciężej. Ale sam fakt, że syn tak prosił dodawał mi motorku w rękach.

A teraz skończyłam kocyk dla Maleństwa, co jeszcze w brzuszku siedzi. I kilka nocy temu obudziłam się z pomysłem na kolejny. Włóczka już zamówiona! W między czasie dziergam mały kocyk dla kota, na którym jednocześnie trenuję nowe wzory. I jeszcze marzy mi się długi sweter, rozpinany dla córki. Tylko tam trzeba oczka liczyć, spuszczać, dodawać itp a w tym to ja słaba jestem. Ale spróbuję! Najwyżej spruję 😉