Pisanki, pisanki, kraszanki, malowanki. Krótka historia wielkanocy 2017

Pochwalcie się swoimi pisankami! Podrzućcie linki lub zdjęcia, z przyjemnością obejrzę! Do świąt zaczęłam przygotowywać się dopiero w Wielki Piątek, bo do końca nie byłam pewna, czy spędzę je w domowym zaciszu czy jednak w szpitalnych murach. Płytki krwi jednak okazały się łaskawe. W głowie nagle pojawiła się myśl, że kurczę, nie ma ani kurczaczka, ani zonkilka, bukszpanka, baaa, nawet o rzeżusze zapomniałam. A specjalnie z myślą o niej kupiłam w stonce jogurt w malutkich słoiczkach. No nic. W słoiczkach są czekoladowe jajeczka. Chociaż nie takie, jakie sobie wymarzyłam.

Bo wiecie, okazało się, że moje wielkanocne marzenia ozdobne mają się nijak do rzeczywistości. I to nie dlatego, że zabrałam się za to za późno…

Po pierwsze chciałam zakupić drewniane pisanki. Tradycyjne bardziej lub mniej. Ale drewniane. Nie styropianowe, nie plastikowe, nie papierowe. Nie brokatowe. Nie z supermarketu. Jarmark wielkanocny – ale pisanek takowych brak… Szczerze mówiąc smutno się rozczarowałam.

Dlatego zaczęłam szukać czerwonej kapusty. Nie będzie drewnianych, to zrobię niebiesko-turkusowe, złote wydmuszki. Z naturalnego barwnika… Jedna stonka, druga stonka, targ, klepisko, czerwonej brak. Sił już też brakowało na dalsze szukanie.

Zeszłam więc do poziomu czekoladowych pisanek. Pastelowych. Tak, takich mi się zachciało. Jedzeniowych zachcianek ciążowych nie mam, więc odbijam sobie w inny sposób. Jak się można spodziewać – pastelowych brak!

Koniec końców, ugotowałam jajka na twardo. Skapitulowałam i kupiłam sztuczne barwniki. Bleeee. I w poranek sobotni pobawiłyśmy się z córką w malowanie pisanek trochę inaczej. Jak? Zobaczcie fotorelację!

Wesołych Świąt 🙂