Wyzwania, challenges. Brać czy nie brać, o to jest pytanie.

Moda przyszła bodajże z zachodu, a nawet zza wielkiej wody. Na wyzwania, z angielskiego zwane „challenges”. To taka ciekawa zabawa, z którą wielu z Was się spotkało. Wyzwania tygodniowe, miesięczne, roczne, maja na celu pobudzenie naszej wyobraźni, wyrobienie systematyczności, dobrych nawyków. Z pewnością mogą być w tym bardzo pomocne. I zdecydowanie nie chcę deprecjonować ich walorów. Dzięki nim stymulujemy naszą kreatywność, są świetną ściągawką, kiedy brak nam pomysłów na urozmaicenie dnia, znalezienie tematu na pstrykanie zdjęć, ćwiczenia rysunku, czy nawet nabrania dobrych nawyków żywieniowych, porannego wstawania i innych.

Sama rzecz jasna, też w kilku brałam udział, w niewielu natomiast wytrwałam do końca. Jedne porzucałam szybciej, w drugich dobrnęłam do połowy. O niektórych zapomniałam, jeszcze w trakcie ich trwania. Czy to z lenistwa, braku wytrwałości? O nie! Wolę sobie tłumaczyć, że po prostu nie były one stworzone dla mnie 😉

Mogę natomiast powiedzieć, że jestem z siebie dumna, ponieważ jedno z wyzwań już ukończyłam. Na fejsbuku przyciągnęło ono ponad 40 tysięcy uczestników! „Przeczytam 52 książki w 2016 roku”. Wzięłam w nim udział, by sprawdzić, czy potrafię. I jak się okazało, udało się zakończyć je w listopadzie. Nie szłam na łatwiznę, bo nie wiem czemu, ale od połowy roku moja ręka sięgała po książki ponad lub niemal 400 stronnicowe. Aż sama miałam dość, ale co zrobić? Było też kilka cieńszych, oraz takich, co czytałam na głos dzieciom (tu wliczałam te, które miały ponad 100 stron).  No i jestem z siebie dumna, ale nie udałoby mi się to, gdyby nie pewne okoliczności sprzyjające.

Pierwsze pół roku spędzałam na długich dojazdach do pracy. Około 3 godzin dziennie. grzechem byłoby się tylko gapić w okno w tym czasie. Więc połykałam jedną książkę za drugą. Wtedy też, z powodu ciężkiej torby, książki były mniej objętościowe pod względem ilości kartek. Może ze dwie czy trzy książki przeczytałam pod postacią ebooka, ale jednak zdecydowanie wolałam trzymać prawdziwą książkę w dłoni i przewracać kartki w realu.

Drugie pół roku rozpoczęło się dwu miesięcznymi wakacjami, a potem los tak chciał, że od końca września znów miałam czas wolny. Na kanapie można było sięgać po cięższe tomy.

Czy którąś z książek zapamiętałam szczególnie? Niestety nie. Jedne podobały mi się bardziej, drugie mniej. Niektóre łykałam raz dwa, z innymi troszkę się męczyłam, ale, że byłam ciekawa zakończenia, nie potrafiłam ot tak, otworzyć na ostatnim rozdziale przeskakując całą zawartość, to kartkowałam je dzielnie. Na pewno z wielkim zaciekawieniem przeczytałam ostatnią pozycję, książkę Katarzyny Molędy „Szwedzi. Ciepło na północy”. Wspominałam już o niej w jednym z poprzednich postów. Jeżeli macie ochotę sprawdzić, o czym jest, zapraszam, do przeczytania Na półce czyli książki przeczytane w listopadzie.

A teraz, w 2017 roku biorę ponownie udział w tegorocznym książkowym wyzwaniu, przerzuciłam się stety niestety na ebooki, które mam za darmo dostępne na portalu Legimi. Jak się okazało, taki przywilej przysługuje wszystkim czytelnikom Bibiloteki Miejskiej w Szczecinie. W poczekalni mam już multum książek, sporo też połknęłam. Nie mam czytnika, czytam na telefonie, co jest teraz dla mnie zbawieniem, bo nic dodatkowego nie muszę dźwigać.

A Wy, w jakich wyzwaniach bierzecie udział?

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *